WSPOMNIENA (autor Tadeusz Cwen)

 

WSPOMNIENA (autor Tadeusz Cwen)

Zachowane w pamięci u żyjących jeszcze na zachodzie Buszczan (Свідчення Бужан - громадян РП)



                            Zachowane w pamięci u żyjących jeszcze

                           na  zachodzie Buszczan


                                             WSPOMNIENA

                                                    ........................

 

                    I Sowiecka okupacja w Busku 


         Aneksję  polskich  ziem  wschodnich  we  wrześniu  1939  roku  przez  Sowietów , Polacy odczuli jako  niespodziewany  atak , z  najmniej  spodziewanej  strony.

         Zdradzieckiego najazdu na Polskę dokonano łamiąc pakt o nieagresji , pomiędzy Polską , a ZSSR , zawarty w 1932 roku i mający obowiązywać przez 25 lata , obie strony Aneksję tłumaczono koniecznością  wyzwolenia  Białorusi  i  Ukrainy  spod okupacji Polski , ponieważ  Polska  jako ''  bękart  traktatu  wersalskiego '' , zostaje wymazana z mapy Europy i Polacy  zrozumieli , że  jest  to  podstępny i  zdradziecki  IV Rozbiór  Polski. W następnych dniach z Krasnego przez miasto zaczął płynąć nieprzerwany potok ludzi.

         Był to milczący tłum wlokący się całą szerokością drogi, noga za nogą, zmęczony, apatyczny, zdążający na wschód, jakby bez celu i donikąd. Najwięcej było cywili, a wśród nich policjanci, kolejarze, listonosze, i inni mundurowi.

         W tym czasie w domach odbywał się non-stop wypiek chleba. Jeden wypiek wyjmowano z pieca, a drugi wstawiano. Uciekinierzy najbardziej prosili o coś do picia, a  kawałek chleba lub garnuszek mleka przyjmowane były z wdzięcznością.

         Nikt nie czekał na jakąkolwiek zapłatę , wystarczyło dobre słowo lub wyraz nadziei , bo nadzieja w tym czasie była towarem deficytowym. W  tych  dniach  chociaż  w  mieście  było  jeszcze  dużo  polskiego  wojska  i  różnych innych ewakuujących  się  służb  mundurowych , policji , kolejarzy pocztowców  i  innych uciekinierów , Żydzi  powywieszali  czerwone  sztandary , transparenty  i  portrety , wychwalające  pod niebiosa władzę  radziecką  i  Stalina . Swoje  ubrania  Żydzi  przyozdabiali  czerwonymi  gwiazdami , kokardami , wyglądało  to  tak komicznie , że  nawet '' wyzwoliciele '' śmiali  się  z  tego do  rozpuku .

         Po kilku dniach tłumy ludności i wojska przewaliły się i w mieście zaczęły się pojawiać pomieszane grupki wojska różnych broni.

         Rankiem 20 września 2 czołgi, pół – kompanii por. Jakubowicza, oraz pluton kawalerii oczyściły Krasne z bojówkarzy ukraińskich i stoczyły bitwę z sowieckim oddziałem pancernym składającym się z 3 czołgów. W tej potyczce poległ plut. Witold Pietraszewski , jeden czołg uległ zniszczeniu, a drugi jako nienadający się do dalszej jazdy spalono .Wcześniej przed południem, przez Busk przejeżdżały w kierunku Krasnego dwa ciężkie gąsienicowe wozy pancerne. Widziałem tych polskich pancerniaków, w charakterystycznych , czarnych beretach kupili w sklepie na Niemieckim Boku u Marynowicza 3 gęsi i pospiesznie odjechali w stronę Krasnego.

         Pamiętam dwóch młodych piechurów, którzy ze łzami w oczach prosili ojca o przechowanie ich broni – dwóch karabinów. Za kilkanaście dni, najwyżej za miesiąc wrócą po nie, jak się to tylko skończy , zapewniali.

         Ze  zwieszonymi  głowami  powlekli  się  przed  siebie , jak dziesiątki  innych rozbitków i zdezorganizowanych  oddziałów  wojska , przewalających  się  przez  miasto, ze  wschodu na zachód  i z  zachodu  na  wschód , wobec  błędnych , spóżnionych  i  niekompletnych rozkazów , nie  wiedząc  gdzie  jest  nieprzyjaciel  i przed  kim  się  bronić , przed Niemcami , Sowietami , a  może  przed ukraińskimi nacjonalistami , którzy  jak  zawsze  w  ciężkich czasach pożóg  dziejowych  byli  rządni  polskiej  krwi.

         Dopiero po 2 latach okupacji sowieckiej , a potem niemieckiej ta broń poszła na dozbrojenie, tworzącego się w Busku oddziału Związku Walki Zbrojnej 20 września  przed  południem  Armia  Czerwona  wkroczyła  do  Buska ,  witali  ją radośnie Żydzi , którzy  tańczyli , wchodzili  na  przejeżdżające  samochody  i maszerowali z  kolumnami sowieckich  żołnierzy Agresję Armii Czerwonej na Polskę radziecka propaganda ustroiła we frazesy oswobodzenia bratnich narodów zachodniej Ukrainy i Białorusi . Aby uczcić to wydarzenie dziejowe , poczta radziecka wydała specjalny znaczek , ukazujący radosną serdeczność , z jaką wyzwolona ludność witała swych wybawców spod reżimu polskich panów - patrz Zdjęcie 1 . Pomimo  rozrzucanych przez  Sowietów  po  mieście  ulotek  nawołujących  do mordowania '' polskich  paniw , pidpankiw  i  pomieszczykiw '' , / polskich  panów  i wyzyskiwaczy /, ludność  była zdziwiona  i  zaskoczona  takim  zachowaniem okupanta, a  Ukraińcy  zachowywali  się w  tym  czasie / co  należy  im przyznać / z  powściągliwością . Zresztą  w  tym czasie  nie  było podziałów i  antagonizmów  pomiędzy  Polakami  i  Ukraińcami , wszyscy  żyli  zgodnie  i  taki  stan  utrzymał  się  prawie  przez  cały  okres  okupacji sowieckiej i należy podkreślić , że w tym czasie nie było pogromów banderowskich Z czasem  ukraińscy  nacjonaliści  i  ci  którym  marzyła  się  wolna  Ukraina , zrozumieli , że  władza  sowiecka  nigdy  i  nigdzie  nie  sprzyjała  narodowym  ruchom wyzwoleńczym i wolnościowym , a w  przypadku  Ukraińców – w  szczególności .

W  stosunku  do  Sowietów  Ukraińcy przyjęli  postawę  nieufną i  wyczekującą . Wszystkie kluczowe  stanowiska  w  mieście  zajęła  napływowa  administracja radziecka , którą  ściągnięto wraz  z  rodzinami , korpusu  NKWD  i innych  służb. Niższe  szczeble  administracji  obsadzili  Żydzi , którzy  wysługiwali  się  nowej władzy  we wszelki  możliwy  sposób , oraz  tylko  w  niewielkim  stopniu  Ukraińcy .

Wszystkie  sklepy  i  magazyny , które  zastała  nowa  władza  zostały  błyskawicznie rozdrapane i wobec  jakichkolwiek  dostaw , po  krótkim  czasie  świeciły  pustkami .

W tym czasie polskie pieniądze z dnia na dzień straciły jakąkolwiek wartość , ludzie potracili fortuny , a niektórzy środki do życia . Żydzi pochowali towary , a  wszystkie sklepy  i  magazyny , które  zastała  nowa  władza  zostały  rozgrabione.

Po tym 24 grudnia 1939 roku nastąpiła wymiana pieniędzy – niespodziewanie , bez żadnych zapowiedzi  i objęła tylko 250 złotych polskich na dorosłą osobę , posiadającą dowód tożsamości. Całe społeczeństwo na tych terenach nagle zubożał , a niektórzy znależli się bez środków do życia .

         Ten  stan  świetnie  ilustruje  skecz  dwóch  ówczesnych  satyryków  Tońcia  i Szczepcia  w żargonie  lwowskim ;

         - Szczepciu  -  '' dzie  idzisz  Tońciu '' ?

         - Tońciu       -   '' ta  du  sklepu ''

         - Szczepciu  -   '' a  na  cu  tobi  tyn  nocnik '' ?

         - Tońciu        -  '' ta  biery  nocnik   bo  gó....o dostany ''

         W  Busku  na  temat  nowej  władzy  krążyła  jeszcze  inna  anegdota – chłop się

żali  nowej władzy , że  nie ma  gdzie kupić  smaru aby nasmarować  koła  furmanki  i  osie  się zacierają , na  to  otrzymuje  odpowiedż od urzędnika, żeby  nasmarował  te  osie  gó.....em .

         I  już  do  końca  tej  władzy  powtarzano ''  właść  taka  sama  jak  maść '' Zaraz po wkroczeniu Sowietów do buska nastąpiła powszechna ateizacja życia publicznego w mieście . Już we wrześniu 1939 roku szkołę żeńską przemianowano na szkołę dla Rosjan , Rusinów i Ukraińców . Dotychczasową szkołę męską , w pobliżu kościoła zmieniono na szkołę koedukacyjną , męsko – żeńską , w której obowiązywał zakaz nauki religii Na  początku 1940  roku  w  różnych  punktach  miasta , m/innymi  na  Niemieckim  Boku  i  w  Kącie powstały  kluby – lokale  propagandy  radzieckiej .

Były  to  oflagowane  na  czerwono  duże sale , nastawione  na  sianie  propagandy ,przede  wszystkim  wśród  dzieci  i  młodzieży .Wewnątrz  na  ścianach  wisiały portrety Stalina, Lenina i jakichś brodaczy , których  nikt  wtedy  nie  rozumiał , oraz  dużo plakatów propagandowych .

Na  półkach  i pod  ścianami  stało  dużo  rozmaitych  gier  i  zabawek  , a  na  stołach leżały czasopisma , broszury  i książki – wszystko  w  języku  rosyjskim. Były  tam  też  stoliki  do  gry  w  szachy  i  warcaby , przy  których  nigdy  nikogo  nie było. Byłem  raz , czy  dwa  z  ciekawości  z  innymi  chłopcami  w  takim  lokalu  i z tych  wizyt utkwił mi  w  pamięci  ciężki , nie do zniesienia , duszący  zapach  świeżej farby  drukarskiej , pochodzący od tych  czasopism , plakatów  i książek.

Niczego  nie  wolno  było  dotykać , ani  brać  do  ręki , a  dyżurujący  propagandzista chyba  był tylko  od  pilnowania tego wszystkiego , żeby  nikt  niczego  nie  zwinął.

O  ile  mi  wiadomo , po  kilku  miesiącach  te lokale  zostały  zlikwidowane , bo  nikt do  nich nigdy  nie  zaglądał  i pokazały  one  chyba  dobitnie , że  władza  sowiecka  i propaganda radziecka  nie  pasują  do  społeczeństwa  w  Busku .

Po nastaniu władzy sowieckiej od razu zaczęło się uświadamianie, spędzanie ludności, na mitingi, na których dowiedzieli się, że zostali oswobodzeni spod wiekowego jarzma i ucisku panów i kapitalistów. Teraz będzie władza robotniczo-chłopska i równość dla wszystkich i że wszystko zawdzięczamy, towarzyszowi Stalinowi.

Początkowo ludzie byli ciekawi / jakby nie było / nowej władzy, byli otwarci, zadawali pytania, ale już na następnych, mitingach okazało się, że najlepiej siedzieć cicho     i o nic nie pytać.

Początkowo rosyjscy agitatorzy zachęcali, aby na mitingi przychodzili też ci „ głodujący, bezdomni i żebracy ”, władza radziecka jest otwarta dla wszystkich – zapewniali.

          Ludzie nie wiedzieli, o co im chodzi, a dopiero po jakimś czasie okazało się, że oni byli przekonani / przez swoją propagandę/, że w Polsce są „pany i biedacy”. Te pany to niby my , ci co żyją w swoich domach, gospodarstwach, ale nie wiedzieli gdzie się podziali ci biedacy ?

Dopiero po jakimś czasie spuścili z tonu, bo okazało się, że tu to, wszyscy dla nich są „pany” i bezdomnych i głodujących nigdzie nie ma, a istnieją tylko w propagandzie sowieckiej.

Dnia 22 pażdziernika 1939 roku odbyły się wybory do Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Ukrainy . Na wskutek tych sfałszowanych zresztą wyborów , małopolska Wschodnia / Galicja / stała się częścią terytorium ZSSR , a jej obywatele , obywatelami ZSSR .W tym mniej więcej czasie dowiedzieliśmy się o „przejściowych trudnościach”, którymi wszystko bez wyjątku tłumaczyła nowa władza. O tych trudnościach usłyszeliśmy po raz pierwszy wtedy i już na stałe wpisały się one w krajobraz socjalistycznej rzeczywistość.

Nowa sytuacja stworzyła nowe możliwości przed dzieciarnią z Niemieckiego Boku, która jak to dzieciarnia wszędzie jej był pełno.

Stara władza wyemigrowała, a nowa sowiecka jeszcze się nie wszędzie wprowadziła. Takie obiekty jak: Sokolnia, sanatorium, park Badenich były nasze i mogliśmy tam hasać ile wlezie. Ja miałem wtedy 6 lat i mnie starsi koledzy pędzili / idź do domu, bo jesteś za mały/ gdzie tam wszędzie nadążałem, zazwyczaj na końcu, ale nadążałem i w końcu zazwyczaj machali rękami mówiąc, dajmy mu spokój i tak się nie odczepi.

Z tego okresu pamiętam zdewastowaną kaplicę grobową w parku Badenich, wszystkie okna były powybijane, ornamenty, figury i inne ozdoby, albo walały się po parku, albo wewnątrz kaplicy tworzyły półmetrową warstwę gruzu.

W środku pamiętam dwa podłużne, obok siebie otwory, po pochówkach też częściowo wypełnione gruzem. Miejsca lokalizacji tej kaplicy dokładnie jednak nie pamiętam .

Później  w pałacu zakwaterowało się sowieckie wojsko, a w tej kaplicy urządzili magazyn materiałów wybuchowych i zbrojownię.

Na łące pomiędzy rzeczką Rowek a skarpą parku Sokolni Sowieci urządzili poligon wojskowy do ćwiczeń piechoty i czołgów, które polegały na wyciąganiu z bagna ciężkich pojazdów gąsienicowych przy pomocy ciągników i innych czołgów.

Po ćwiczeniach zabłocone pojazdy jechały na brzeg rzeczki gdzie odbywało się ich mycie i czyszczenie. Pamiętam, że pomagałem w tym sołdatom nosząc wodę  w brezentowym wiaderku napełnionym do ¼.

         Do łąki, na której urządzono plac ćwiczeń nie było wcześniej dojazdu w ogóle , a ciężkim sprzętem , tym bardziej. W tym celu Sowieci nasypali i zniwelowali część Średniowiecznej fosy , umożliwiając zjazd czołgów z drogi głównej na plac ćwiczeń.      Jeszcze do 1940 roku istniała ta część Średniowiecznej fosy ,  od drogi głównej do łąk nad Bugiem.

Pamiętam dość dokładnie jej kształt i profil podobny do fosy po drugiej stronie drogi, która choć zachaszczona i zarośnięta drzewami  , zachowała się do dziś.

Będąc dzieckiem w Busku bardzo mi się podobało wojsko i wszędzie gdzie były jakieś ćwiczenia, przemarsze czy inne spotkania to ja tam zawsze byłem, po prostu jak widziałem wojsko to zapominałem o bożym świecie.

Oczywiście chodziłem w sowieckiej furażerce z gwiazdą, która była zszyta z tyłu, bo była na mnie o wiele za duża i wszystkim mówiłem, że jak będę duży to będę generałem. Sołdatom się to nawet podobało i z czasem uznany zostałem przez nich za swojego i śmiali się nazywając  mnie  generałem.

Był z tym pewnego razu niezły ubaw – mianowicie, wchodzimy raz jak zwykle do sali kinowej, a tu na  widowni zaświeciły się światła i zamiast filmu na scenę wychodzi jakiś elegancko ubrany starszyna – politruk i zaczyna opowiadać, że jakaś tam rocznica, jakiejś tam rewolucji itd. Żołnierzom się nudziło, zaczęli ziewać, drzemać i wreszcie jeden do drugiego mówi, że napisałby do domu, ale nie ma koperty, na to ten drugi mówi „niczewo gienierał  pajdiot  i pokupit  wsio czto nada” / generał pójdzie i kupi, wszystko co  trzeba /, mając  oczywiście   mnie  na  myśli .

Na to ten pierwszy znowu, że  również ołówek by się przydał, a ten drugi na to „nieczewo, gienierału skażim, pokupit czto nada” /nic to, generałowi powiemy i wszystko kupi/.- politruk to usłyszał  i drze twarz „ a czto tam u was kakoj tam gienierał – apiat”/ a co to za generał u was – znowu /. Towarzystwo nieco się podochociło i jeden z odważniejszych żołnierzy mówi „ etomu malcziku my gawarim gienierał ” / temu chłopcu my mówimy generał /. A wtedy ten politruk zauważył  mnie  i  pyta „ a kto jemu takije udiwitielnyje nazwanie dał ? ” / kto jego tak dziwnie nazwał ?/. A ten żołnierz na to, on się sam tak nazwał.  Jak cała  sala huknęła śmiechem to ja myślałem, że cała Sokolnia się rozleci. Ja się trochę przestraszyłem i chciało mi się płakać, miałem przecież 8 lat , a na to politruk „ słuszaj malczik tiebia doma nada iti , mamasza nawierno  tiebia żdiot ” / słuchaj dziecko ty powinieneś iść do domu, mama napewno na ciebie czeka / i po prostu mnie wyrzucił . Taki to ze mnie był  '' gienierał '' / generał /.


                                Cukierki od towarzysza Stalina


         Raz zaplątałem się wśród dzieciaków rosyjskich, pochodzących z napływowych rodzin sowieckich , urzędników i wojskowych z niektórymi z nich zresztą kolegowałem się / pamiętam do dziś Borysa i Wańkę /   i znalazłem się w sali widowiskowej Sokolni.

Miałem wtedy 7 lat i nie rozumiałem za wiele , a była jakaś rocznica rewolucji i dzieci miały okolicznościowe spotkanie. Siedzieliśmy półkolem , a w środku rej wodziła jakaś rozanielona propagandzistka, która ruchem rąk dyrygowała skandowaniem dzieci „ czto my siegodnia możem skazat towaryszczu Stalinu , rebiata ?” / co my dzisiaj możemy powiedzieć towarzyszowi Stalinowi, dzieci ?/

W odpowiedzi dzieci chóralnie zaczęły skandować w rytm pracy rąk prowadzącej propagańdzistki „ my siegodnia towaryszczu Stalinu......” / my dzisiaj towarzyszowi Stalinowi itd./ „ A wot od towariszcza Stalina siegodnia dla was kanfiety skolko ugodno " a oto od towarzysza Stalina dzisiaj dla was cukierki , ile chcecie). I tu posypały się cukierki, bombonierki i inne łakocie. „A czto jeszczo my możem skazat……?” / a co jeszcze możemy powiedzieć…..?/

I wtedy zauważyła mnie nie biorącego udziału w chóralnym skandowaniu i zapytała, " a eto kto ?". „ On czużoj , od siuda” / on obcy , stąd /odpowiedziały dzieci Do dziś nie wiem jakim cudem ja " stąd " miejscowy który stale tu był , nagle stał się " czużoj ".

„Wot smatritie rebiata, dla niewo od towaryszcza Stalina nikakich kanfietów nie budiet” / no patrzcie dzieci, dla niego od towarzysza Stalina cukierków nie ma / i pokazała mi palcem drzwi. Oblizałem się smakiem   i wychodząc z Sokolni słyszałem jeszcze długo zgodny chór skandujących dzieci „ A my towariszczu Stalinu…….”, w domu zapytałem starszego o cztery lata brata, kto to jest towarzysz Stalin, jakaś ważna osoba, fabryka cukierków, czy co? Po wyjaśnieniach brata odechciało mi się cukierków od towarzysza Stalina.

Innym razem znowu grupka polskich dzieciaków z Niemieckiego Boku, wśród których i ja byłem przekomarzała się z sowieckimi wyrostkami, czy w Rosji są pomarańcze? A u nas w Rosji jest bardzo dużo pomarańcz brzmiała odpowiedź, towarzysz Stalin buduje bardzo dużą fabrykę pomarańcz i wszystkie dzieci będą miały tyle pomarańczy ile będą chciały. Nasz szczery rechot małych oberwańców z Niemieckiego Boku osładzał nam smutny czas sowieckiej okupacji, bez pomarańcz i cukierków od towarzysza Stalina, a dzieci sowieckie nawet nie wiedziały, co to są pomarańcze.


                                              Wywózki na Sybir


Szczególnym piekłem tamtych czasów były wywózki na Sybir , które wryły się głęboko w pamięć . O planowanych przez Sowietów wywózkach dowiadywaliśmy się od kolejarzy ze stacji Krasne, którzy informowali mieszkańców Buska o podstawianych zestawach wagonów, których rodzaj wyraźnie wskazywał na ich przeznaczenie.

Wywózki na Sybir odbywały się zawsze nocą po godzinie 22-giej, zazwyczaj jesienią i zimą, bo wtedy Sowieci mieli rezerwy w taborze kolejowym. Do przewożenia zesłańców z domu , na Niemieckim Boku i Lipiebokach do pociągów używane były rozklekotane ciężarówki, o niskich burtach w kolumnach po kilka za jednym razem .

. Oglądaliśmy je wiele razy, bo transport ten odbywał się pod naszymi oknami / mieszkaliśmy na początku ulicy / .

Wywózek na Sybir było trzy , w różnych okresach sowieckiej okupacji :

•        pierwsze wywózki miały miejsce w nocy , z  9 na 10 lutego 1940 roku

•        drugie , 13 kwietnia i na przełomie czerwca i lipca 1940 roku ,

•        trzecie , rozpoczęły się 14 czerwca 1941 roku i zostały przerwane wybuchem

            Sowiecko – niemieckiej .

W czasie wywózek całe przedmieście nie spało, wszyscy czuwali przy przygaszonych lampach naftowych i modlili się w nadziei, żeby  taki samochód nie zatrzymał  się przed ich domem.

Oznaczało to wyrok i Bozia dała, że żaden z samochodów, które zwoziły mieszkańców Niemieckiego Boku i Lipiebok do pociągów wysyłkowych na Sybir nie zatrzymał się przed naszym domem, dlatego udało się nam przetrwać.

Najgorsze były te wyczekiwania i podglądanie przez nieco odsłonięte firanki wywożonych do pociągów na Sybir Rodaków.

Na samochodach tych mimo nocy widoczne były skulone postacie i górujących nad nimi po dwóch żołdaków NKWD na każdym samochodzie. W najgorszej sytuacji byli ci z pierwszych transportów, bo oni nie znali swego przeznaczenia. Dopiero potem zaczęła nadchodzić korespondencja od tych wywiezionych na Sybir, z której wynikała cała groza sytuacji  a przede wszystkim radzili nam przygotować dużo – jak najwięcej suchego chleba i ciepłej odzieży. Jeszcze dzisiaj śnią się po nocach te wory  suchego chleba stojące w kuchni za  piecem , które na szczęście nie były nam potrzebne.

Ze strony naszej rodziny , w czasie pierwszej  wywózki wywiezieni zostali:

•        siostra mojej matki Karolina Kędzia z trzema córkami ; Janiną , Anulą ,/ która  zmarła  na Sybirze/i Lusią – patrz Zdjęcie 3

•        żonę kuzyna ojca – Surmową z synem Jerzym i córką Danusią / która zmarła na Sybirze/

Mężczyzn – ojców i mężów  wyżej wymienionych rodzin uwięziono 2 tygodnie wcześniej i również wywieziono na Sybir.  Byli to :

•        Kędzia Władysław zamieszkały na Niemieckim Boku – Zdjęcie 4

•        Surma Jan ,  chorąży Korpusu Ochrony Pogranicza w Pińsku , ukrywający się w Busku , początkowo w domu mojego ojca , a następnie na Lipiebokach   -Zdjęcie 2

. Pomagaliśmy wywiezionym, wysyłając im pieniądze i paczki. Paczek z Buska nie można było wysyłać, dlatego korzystaliśmy z uprzejmości urzędnika NKWD– prawnika bardzo porządnego mimo wszystko człowieka, który jeździł na jakieś rozprawy do Równego i tam nadawał te paczki i mieliśmy wiadomości , że zawsze dochodziły .

Trzeba przyznać, że przesyłki docierały do adresatów dość regularnie , a jedna z nich mimowolnie ocaliła życie rodzinie Kędziów. Mieszkali oni zimą w ziemiance, która którejś nocy została doszczętnie zasypana śniegiem, tak, że rano zaczęli się dusić z braku powietrza i nie mogli się wydostać spod zwałów śniegu.

Na szczęście przyszła do nich listonoszka z przesyłką pocztową od nas , która narobiła krzyku, skrzyknęła ludzi, a ci odkopali zasypanych.

         Wymienieni oprócz podanych w nawiasach wrócili z Sybiru z Armią Andersa.  Surmowie mieszkali w Szkocji, natomiast Kędziowie w Pittsburghu w Stanach Zjednoczonych . Dzisiaj obie rodziny już nie żyją


                                Polscy plenni żołnierze w  Busku


         Parę tygodni po zajęciu przez sowietów Buska , w mieście na  Niemieckim  Boku pojawiła się kolumna  licząca około 50  plennych , wziętych  do  niewoli żołnierzy polskich.

Był to bardzo ponury pochód , który bardzo głęboko wrył się w pamięć- kolumna ta wlokła się czwórkami ulicą  Sokoła do sanatorium na nocleg.

Była już późna jesień pamiętnego 1939r. I dla nas mieszkańców Buska było zastanawiające , dlaczego ci żołnierze , przed wojną tacy eleganccy , teraz byli tacy " roschrystani " . Rozpięte płaszcze i marynarki, spod których  wystawała brudna  bielizna. Zwłaszcza te długie piechociarskie płaszcze , których poły prawie wlokły się po błotnistej o tej porze roku drodze. Machali rękami jak wiosłami pomagając sobie w ten sposób w marszu po błotnistej drodze .

Byli obrabowani ze wszystkiego , pasów , sznurówek , a nawet z guzików z orzełkami , które im poobcinano . Przez to  nie mogli nawet zapiąć płaszczy , aby choć trochę uchronić się przed zimnem. Naciągnięte na uszy rogatywk i, zarośnięte, sine i brudne twarze , smutny wzrok, mówiły o przeżywanej tragedii tych ludzi – naszych rodaków .

 `       Eskorta czerwonoarmiejców z charakterystyczny mi długimi karabinami przy biodrze z niemal defiladowym sprężystym krokiem miała pokazać wyższość nowej władzy , a przecież  plenni to byli  zwykli  żołnierze  z  poboru , bardzo  często zwykli  chłopi , którzy nie  rozumieli  skąd  tyle okrucieństwa i polityki  w  tym  wszystkim. Ludzie litowali się nad tymi nieszczęśnikami i rzucali im co kto mógł, a to kawałek chleba, ciasta, jakiś szalik, rękawiczki, papierosy. Oni starali się to chwytać zgrabiałymi rękami , tego nie wolno nam było robić, dlatego rzeczy te leciały z ukrycia, zza węgła , ogrodzenia czy drzewa. Dużo tych rzeczy spadało w błoto i po przemarszu kolumny leżała rozdeptana na ziemi. Nie mogli tego zbierać – kolumna musiała iść dalej.   I znalazł się ktoś odważny , ktoś który poszedł do komendanta z pytaniem – czy nie można by tych rzeczy zebrać od ludzi do kosza i rozdać plennym. , normalnie bez  tego  bałaganu.

Nie ma żadnych przeszkód , padła odpowiedź, tylko proszę podać nazwiska tych, którzy będą się tym zajmować, " u nas porządek musi być '' odpowiedział komendant.

Wtedy jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy z obłudy tej nowej władzy , wręczono listę 6 osób , którzy mieli się tym zajmować , a po godzinie wszyscy zostali uwięzieni przez NKWD. Między innymi byli wśród nich: Janina Frey - patrz Zdjecie 5 i Wiktor Habel z Niemieckiego Boku, przyszły mąż mojej kuzynki Janiny Kędzia , którzy ocaleli z tej sowieckiej pożogi.

            Janina uciekła w czasie pożaru więzieni w Charkowie i w stanie  mocno poparzonym  zdołała dotrzeć  do  domu  w  Busku , natomiast los Wiktora – Sybiraka jest bardziej ciekawy i zasługuje na więcej uwagi.


                                   Wiktor  -  Sybirak


       Więzieni byli najpierw w Busku , a następnie przez 3 miesiące w jakichś

podziemnych kazamatach we Lwowie. Przesłuchania odbywały się codziennie i zawsze nocą i polegały na wymuszaniu przyznania się do winy , o której ani przesłuchiwany , ani przesłuchujacy nie mieli żadnego pojęcia – o co chodzi  i do czego należy się przyznać

            Po 3 miesiącach przesłuchań odczytano mu wyrok – 8 lat zesłania na ciężkie roboty na Sybirze  za " działalność  wywrotową  na  szkodę władzy  radzieckiej " .

            Wiktor w swojej chłopięcej naiwności , bo miał wtedy 20 lat , w ostatnim słowie zapytał czy po odbytej karze będzie mógł wrócić do domu.

W odpowiedzi usłyszał od sędziny , (która – jak mówił , bardziej podobna była do ladacznicy niż do sędziny / „ Ty uwidisz Polszu kak maju p....” / Ty zobaczysz Polskę jak moją p…./        Na Sybirze / jak opowiadał / spotkały go nieludzkie – katorżnicze warunki.

Można się zastanawiać , jak można żyć przy 30 stopniowym mrozie przez całe tygodnie i miesiące, pod gołym niebem . Pracowali przy wyrębie lasu, palili ogniska, które były ich domem , do spania układali się promieniście nogami w stronę ogniska, a budzili się często przysypani śniegiem z włosami przymarzniętymi do konarów, którymi osłaniali się przed wiatrem.

Dopiero po paru miesiącach zbudowali baraki z pryczami, ale o jakichś ludzkich warunkach, takich jak ogrzewanie, toalety nie było mowy.

Bardzo ciekawa była społeczność obozowa, wśród której rej wodzili najwięksi bandyci, których obawiała się nawet służba obozowa. Wiktor był traktowany  zarówno  prze tych  zbirów , jak  i służbę obozową  jednak łagodniej, bo wszyscy (nie wiadomo, dlaczego) uważali go za księdza i specjalistę od wszystkiego.

Po około roku obóz się rozrósł, zainstalowano między innymi piłę tartaczną do piłowania pni drewnianych i  inne  urządzenia  do  obróbki  drewna.

Najtrudniej { jak  opowiadał  Wiktor } było znosić głód i nędzne obozowe odżywianie. Przyzwyczajenie się do głodu, niepokonywanie go na siłę i za wszelką cenę nieraz było warunkiem przeżycia tego koszmaru. Obozowe odżywianie, to na śniadanie ciemna gorzka lura, której jedyną zaletą było to, że czasem  była ciepła, oraz  chleb przydzielany  raz  dziennie . Zazwyczaj { jak opowiadał Wiktor } rano  na  śniadanie , ocieplony snem organizm łagodnie przyjmował ten pierwszy posiłek. Gorzej natomiast było po południu, po powrocie z pracy, kiedy wyziębiony i wycieńczony organizm reagował na posiłek różnie.

       Wtedy otrzymywali wywar z buraków, zwany zupą, w której można było znaleźć śladowe ilości kaszy lub obierek z ziemniaków, a do tego ćwiartkę chleba na cały dzień.

. Ten otrzymywany wywar z burak i łapczywe spożywanie tego posiłku, często spotykało się z buntem pustego żołądka. Doświadczeni więźniowie jedli powoli i z wyczuciem , niektórzy wygłodniali więźniowie biegali z rozpiętymi spodniami w rękach za potrzebą i chorowali na czerwonkę , która dziesiątkowała  obóz . Oddzielną trudność stanowiło spożywanie przydziałowego chleba, który zawierał  20-30% trocin i wewnątrz był zupełnie surowy. Tylko wierzchnia skórka , na którą  przy  podziale każdy  polował nadawała się do jedzenia, natomiast wewnętrzną część stanowił gliniasty, surowy zakalec, nie nadający się  do spożycia. Tą surową część chleba   najpierw opiekali nad ogniskiem.

       W tym celu to surowe ciasto ugniatali najpierw w rękach, a następnie, taki

gnieciuch nakładali na zaostrzony patyk opiekali nad ogniskiem, aż do uzyskania nadającej się do jedzenia skórki. Po zdjęciu tej skórki, surowe ciasto ze  środka  znowu ugniatali , nakładali  na patyk i nad  ognisko i tak kilka razy. Aby upiec surową część przydziałowej ćwiartki chleba czynność tą trzeba było kilkakrotnie powtarzać, uważając przy tym, aby chleb nie wpadł do ogniska , bo groziło to głodowaniem przez cały dzień.

Trzeba przy tym przyznać, że ciepła skórka, choć miała drewniany smak nieźle smakowała. Tak spreparowany chleb musiał jednak wystarczyć na cały dzień, a dużą jego zaletą była możliwość jego żucia, nawet w czasie pracy i to , że właściwie nie ulegał zepsuciu.

Pewnego razu /jak opowiadał Wiktor / zostałem wezwany przed oblicze naczelnika obozu i otrzymałem polecenie zainstalowania elektrycznego oświetlenia w kancelarii obozu, a właściwie chodziło o jedną żarówkę w tym pomieszczeniu.

Wszystko jest, co trzeba; żarówka, przełącznik, przewody , w czym sprawa pyta naczelnik , ale kable pyta Wiktor ? „kakoje kable – znaczytsia prawody . Wot takich u nas

mnogo”, (Jakie kable , znaczy przewody , tych u nas dużo). Bierz się do roboty i nie komplikuj sprawy. Polecenie było jasne, a swoja drogą sam byłem ciekawy, co z tego wyjdzie. Zainstalowałem gniazdka, przełącznik i pytam naczelnika o przewody , a on na to – to ja ci mam mówić gdzie, co masz?

Zaprowadził mnie za barak, gdzie leżały kręgi drutu kolczastego , do grodzenie obozu , a to, co, ch....j ? Ale to jest drut kolczasty , a on na to: słuchaj jak będziesz utrudniać, to wiesz, co władza radziecka z takimi robi – bierz się natychmiast do roboty i nie komplikuj sprawy. Co było robić / opowiadał Wiktor / pociągnąłem te nieszczęsne druty kolczaste od prądnicy do baraku na żerdziach, żeby nikogo nie kopało, podłączyłem do żarówki  i  o dziwo, nawet to jakoś świeciło.

Naczelnik był wniebowzięty , przechwalał się do wszystkich sąsiednich obozów chwalił się, że ma elektryczne oświetlenie, ale na drugi dzień, jeszcze nie otworzyłem oczu  /opowiadał  Wiktor / kiedy zjawił się wartownik z poleceniem udania się do naczelnika w trybie natychmiastowym. W kancelarii zastałem trzymającego się za głowę naczelnika, wpatrzonego w uwielbianą żarówkę, która raz świeciła, raz gasła w rytm pracy piły tartacznej, której odgłos pracy docierał tu dość wyraźnie i którą włączono do pracy nad ranem. „Kakoj ciort”, / co za czort /, przecież wczoraj było wszystko dobrze, czyś ty tutaj  w nocy coś nie majstrował -  pytał naczelnik -  ale przecież piła tartaczna.- odpowiadam

....Co znowu za piła? - ty wszystko komplikujesz- zagroził " naczalnik " Postanowiłem , przeczekać nie  wtrącać się, czas sam rozwiązuje wiele  spraw , wystarczy przetrzymać !

Co trzeba zrobić, żeby było jak wczoraj pyta naczelnik? - wyłączyć piłę odpowiedziałem, na co on popatrzył na mnie tak jakbym mu zaproponował wysadzenie w powietrze Kremla i ruchem ręki zdenerwowany wyrzucił mnie w końcu , z kancelarii.

Kiedy wracałem do siebie, końcem oka zobaczyłem jak naczelnik stoi pomiędzy barakiem i tartakiem i patrzy raz w jedną raz w drugą stronę, widocznie coś mu zaczęło świtać w łepetynie.

Dużą pomocą w życiu obozowym była własna przezorność i inteligencja. I tak np. Skrupulatne zbieranie przydziałowyh papierosów / sam Wiktor nie palił /, za które można było wszystko  dostać i wymienić  na inne potrzebne rzeczy.

Zaraz na początku , swoje w miarę porządne ubranie i buty zamienił na walonki, kufajkę i uszatkę. Jego ubranie kupiła od niego strażniczka jako atrakcyjny prezent dla swojego kochasia. W 1941r. w obozie dała się odczuć odwilż i po kilku dniach rozniosła się wiadomość, że wybuchła wojna z Niemcami.

            Największym zaskoczeniem dla Wiktora było wezwanie go do komendanta obozu i zakomunikowanie, że zostaje mu darowana pozostała część kary i że jest wolny i może wracać w rodzinne strony .

Za parę dni dostaniesz " propusk " -  przepustkę i przydziałowy  prowiant i możesz iść do „swoich” - zakomunikował mu uroczyście komendant obozu Wiktor skomunikował się ze swoimi rodzicami, którzy 2 tygodnie po jego uwięzieniu również zostali wywiezieni na Sybir i tak się szczęśliwie złożyło, że miejsce zesłania rodziców na Sybirze było stosunkowo / jak na warunki syberyjskie / niedaleko od obozu Wiktora. Rodzice również zostali zwolnieni od kary a skomunikowanie się z nimi polegało na umówieniu się, że będą podążać do pewnej stacyjki na trasie kolei transsyberyjskiej położonej mniej więcej w połowie drogi pomiędzy miejscami pobytu Wiktora i jego rodziców.

Po otrzymaniu odprawy – 3 łyżki marmolady z buraków, kawałek słoniny, bochenek chleba i jakiejś starej kufajki oraz przepustki Wiktor ruszył w drogę , przez tundrę syberyjską do wolności. Załadował cały swój tułaczy dobytek na sklecone własnoręcznie sanki i przez 2 tygodnie ciągnął ten tułaczy dobytek do umówionej stacyjki.

 Była to trasa oznaczona, bo tą drogą odbywało się zaopatrzenie obozu.

Na  swojej  drodze  najbardziej  obawiał  się  spotkania  z  wilkami i pamiętał  o wyniesionych z  obozu  przestrogach  starych  Sybiraków , że  wilków  należy   się obawiać , najbardziej wtedy  kiedy  ich  nie  słychać , jak  wyją to  można  spać  spokojnie  i  że  wilki  raczej omijają  szlaki  ludzkie , a  skutecznie  ich  odstraszają  ogień  i  dym i  że w  ostateczności najlepiej  mieć  pod  ręką  jakiś  ochłap , który można  im  rzucić  na  pożarcie , gdyż do koczujących w tej głuszy  zakradają się raczej z ciekawości. Na  swojej  drodze / opowiadał  Wiktor /  spotkał  tylko  kilkoro  ludzi , którzy zazwyczaj  buli bardzo  uczynni  i  życzliwi , trudne  warunki  syberyjskiej  tundry uczą  pokory .

            Po dotarciu do umówionej  stacyjki spotkała Wiktora wielka radość, bo rodzice dotarli do niej pierwsi, przed Wiktorem i już na niego czekali. Radość ta była tym większa, że rodzice zajęli miejsce wewnątrz pomieszczenia tej stacyjki co nie było błachą sprawą . Większa  część oczekujących ludzi na pociąg nie mieściła się w tym pomieszczeniu i koczowała na zewnątrz budynku przy kilkudziesięciostopniowym mrozie, pod gołym niebem. Na stacyjce tej / mówił Wiktor / było nam nawet dobrze, bo rodzice starannie przygotowali się do podróży, a nadzieja, że wreszcie się stąd wyrwiemy, dodawała wszystkim sił. Na stacyjce panował straszny bandytyzm, bezprawie, kradzieże i śmiertelność. Napady były na porządku dziennym i stale ktoś zamarzał na mrozie. Nieboszczykami nikt się nie przejmował, wynoszono ich kilkadziesiąt metrów za stację i tam po kilku godzinach zasypywał ich śnieg.

Myśmy mieli dobrze / opowiadał  Wiktor / bo zawsze jedno  z  nas mogło czuwać  i pilnować bagaży , a pozostali mogli spokojnie odpoczywać.

Najgorzej miały samotne osoby , które za wszelką cenę musiały starać się nie usnąć, bo zwykle po zaśnięciu budzili się okradzeni , goli i bosi i jeszcze wdzięczni, że w czasie snu nie zostali zamordowani.

Wkrótce dowiedzieliśmy się, że za kilka dni ma przyjechać pociąg, który zawiezie nas na południe kraju. Na Sybirze w  tych  czasach  oczekiwanie na pociąg  1 – 2 tygodni to normalność i rzeczywiście po kilku dniach wtoczył się na stacje długo  oczekiwany pociąg – widmo. Czegoś takiego / opowiadał Wiktor / w życiu nie widziałem , to była ośnieżona , biała oblodzona masa , buchająca parą i tylko obracające się koła przypominały, że to jest pociąg. Pociąg ten był przepełniony do ostatnich granic , wszystkie wagony były zajęte ,a wszystkie dachy, stopnie, zderzaki oblepione były ludźmi. Jak oni wytrzymywali na tym okropnym mrozie „Bóg to raczy wiedzieć”. Z rodzicami biegniemy z tobołami wzdłuż pociągu , gdzie tam , nigdzie ani szpilki nie włoży i nagle patrzymy na końcu pociągu zupełnie pusty wagon  -  jakiś cud czy co? Ale na zastanawianie się i medytacje nie było czasu , bo pociąg już dawał sygnał do odjazdu

W środku wygasły piecyk, resztki drwa, cały wagon wymoszczony słomą, wrzuciliśmy do środka bagaże i cieszymy się, że jedziemy , bo zaraz po tym pociąg ruszył. Byliśmy szczęśliwi, cieszyliśmy się sobą i wydawało się, że wszystkie nieszczęścia zostały za nami. Ale pociąg ten zatrzymywał się średnio raz na dobę, do nabrania wody i drewna do lokomotywy, wtedy wszyscy łapali za kociołki i ustawiali się  w kolejce po wodę lub wrzątek. Ja też / mówił Wiktor / ustawiam się w kolejce, a tu wszyscy odsuwają się ode mnie , to ja znowu ustawiam się, a kolejka odwija się w drugą stronę i tak dalej .

Okazało się, że wszyscy pasażerowie, którzy jechali przed nami w zajętym przez nas wagonie zmarli na tyfus , a ten wagon , jak oni mówili był „ kazionnyj ”.

Wracam do wagonu i mówię to rodzicom, ale co robić jedziemy w tym wagonie cały dzień, jak mieliśmy się zarazić to już się to stało , a zresztą jak tu wysiadać na tym pustkowiu, w ciągu kilku godzin rozszarpią nas wilki i postanowiliśmy kontynuować podróż dalej.

Po siedmiu dniach podróży, matka dostała dreszczy, straciła przytomność i w ciągu nocy zmarła. Na najbliższym postoju wykopaliśmy z ojcem grób w śniegu, zrobiliśmy krzyż z konarów, zmówiliśmy pacierz i taki był pogrzeb mojej matki na syberyjskim szlaku.

Po następnym tygodniu znowu ojciec źle się poczuł i w ciągu nocy również zmarł. Urządziłem mu pogrzeb podobnie jak matce i zostałem sam / opowiadał Wiktor /

Było mi nawet dobrze, bo miałem wszystko, co przygotowali rodzice dla trzech osób na całą podróż, ale ja też po paru dniach zacząłem się źle czuć i momentami zacząłem tracić świadomość , dostałem dreszczy i straciłem , co najgorsze całkowicie siły.

            W międzyczasie pociąg wjechał w południowe rejony kraju, zniknął śnieg , a temperatury wzrosły do plus kilku stopni. W końcu nieprzytomny, chory na tyfus wylądował w kołchozie w Kazachstanie. Kołchoz ten okazał  się tuczarnią świń .

             Felczer  w  tym kołchozie , który znał się również na medycynie zajął się mną i uratował mi życie. Kiedy zacząłem odzyskiwać siły, dostatek wieprzowiny bardzo mi pomógł, bo w Kazachstanie Muzułmanie brzydzą się wieprzowiną ,  a na widok jedzenia tego mięsa prze ze mnie pluli, dostawali torsji .

 Jak niosłem świninę przez wieś wszyscy wygrażali mi  pięściami, pluli i odwracali się ze wstrętem. Świnina u nich jest bardziej nieczysta niż u nas na przykład gryzonie żyjący po kanałach.

 Po nabraniu sił, przy pomocy przepustki dostałem się do obozu wojskowego Armii Andersa i dalej już jako żołnierz I Korpusu przemierzałem szlaki w Iraku, Iranie, Palestynie, i wreszcie wziąłem udział kampanii włoskiej, gdzie w bitwie o Monte Casino zostałem ranny. W szpitalu poznałem swoją żonę Janinę Kędzia – Buszczankę , również sybiraczkę – która podobnie jak ja wydostała się z tego piekła łagru i z którą po demobilizacji wyemigrowaliśmy do Anglii, a następnie w 1956 roku w ramach limitów określonych przez rząd USA do Stanów Zjednoczonych, gdzie osiedliliśmy się w Pittsburghu stan Pensylwania. Wiktor kilkakrotnie w siedemdziesiątych latach odwiedzał Polskę i stąd zasłyszane od niego wspomnienia, które wysłuchiwałem z zapartym tchem.

Przedstawiam je w formie, w jakiej je zasłyszałem, bo umożliwi to czytelnikowi lepsze zrozumienie losów tego Sybiraka, Wiktora Habla mieszkańca miasta Buska k/Lwowa, zmarłego w Pitsburgu w 2001roku.


             Wojna niemiecko – sowiecka i mord NKWD w Busku.


            Wybuch  wojny  Niemców  z  Sowietami  w  czerwcu  1941  roku  obwieściły mieszkańcom Buska  dalekie  wybuchy – głuche  dudnienia , o  godzinie  5 tej  nad  ranem To  Niemcy bombardowali odległe  o  kilka  kilometrów  od  Buska  sowieckie lotnisko  polowe , położone za  wioską  Adamy .

Większość  samolotów  sowieckich  została  zniszczona  na  ziemi , a  tylko nielicznym , będącym  w  tym  czasie  w  powietrzu, udało  się  uciec .

Jeden  z  tych  samolotów , po  krótkiej  walce  w  powietrzu został  strącony nad  miastem  i spadł  na  pola , pomiędzy  młynem a  Pełtwą .

. Na  samym  lotnisku  to  co  nie zdołali  zniszczyć Niemcy , rozszabrowała  miejscowa  ludność  i  pozostały  tam tylko bezużyteczne  wraki samolotów . Jeszcze  wiosną  1944  roku , z  polecenia  Niemców , chłopi  zwykłymi  furmankami zwozili  z  tego  lotniska  bomby  lotnicze  do  stacji kolejowej  w  Krasnem .

Wybuch  wojny  niemiecko – sowieckiej  był  całkowitym  zaskoczenie  zarówno dla ludności cywilnej , jak  i  dla  Sowietów .

W przeddzień wybuchu wojny wróciłem późnym wieczorem z kina, gdzie sowieccy żołnierze spokojnie oglądali film i zastałem swego ojca rozmawiającego z sąsiadami, bo właśnie wrócił z robót, gdzie był skierowany wraz ze swoją furmanką do budowy umocnień fortyfikacyjnych  gdzieś za  Sokalem ..

Drogę powrotną miał bardzo ciężką, bo musiał jechać „ pod prąd ”, ponieważ na zachód ciągnęły kolumny sowieckiego wojska, czołgi, artyleria, kolumny zmotoryzowanej piechoty itp. Na drugi dzień nowe zaskoczenie na ulicach miasta pojawili się uzbrojeni sowieccy cywile. Cywilne ubrania, marynarki, kurtki i płaszcze mieli spięte wojskowymi pasami, z przywieszonymi do nich ładownicami na naboje, granatami i pistoletami. Największe wrażenie jednak robiły trzymane na ramionach tych niby żołnierzy długie karabiny z założonymi na nie bagnetami, oraz przypięte do cywilnych czapek wojskowe czerwone gwiazdy.

Budynki użyteczności publicznej i urzędy opustoszały, a dokumenty w nich pospiesznie palono i niszczono i duża ich część walała się po ulicy.

Nieczynne były szkoły, zamknięte wszystkie sklepy i magazyny, a Żydzi nagle posmutnieli i pochowali się po swoich domach.

Tylko w kościele nabożeństwa odprawiały się normalnie, jak, na co dzień, a głos organów słyszalny był aż na rynku, jakby na przekór wszystkiemu.

Dopiero po jakimś czasie w urzędzie miejskim odnaleziono sporządzone przez Żydów listy mieszkańców, z których wynikało, że wszyscy  mieszkańcy ulicy Sokoła, od pierwszego do ostatniego numeru na Niemieckim Boku przeznaczeni byli do wywózki na Sybir , Dzięki Bogu nie zdążyli.

Przy wszystkich czynnych jeszcze urzędach i głównych obiektach użyteczności publicznej pojawiły się warty złożone z tak uzbrojonych cywili, a napływowa ludność rosyjska, rodziny urzędników i NKWD zaczęły pośpiesznie opuszczać miasto.

Wyczuwało się atmosferę napięcia, wyczekiwania i wtedy pojawiła się cicha nadzieja, że już nie grozi nam  wysyłka na Sybir, której wszyscy obawiali się panicznie.

Największe zmartwienie ludzi w tym czasie stanowił nieznany los mieszkańców zaaresztowanych w ostatnich dniach władzy sowieckiej Zaaresztowani byli więzieni w budynku sądu - patrz Zdjęcie 6 ,  który był pod stała obserwacją zaniepokojonych losem swoich bliskich ludzi. Pierwszą wiadomość o losie aresztantów przyniósł Henryk Balicki, 15 letni wówczas bratanek Kazimierza Balickiego, który został aresztowany razem z wujkiem.

Przed egzekucją żołdakowi sowieckiemu zmiękło serce i kazał iść 15 letniemu chłopcu do domu. Henryk widział mordowanie współwięźniów, przyszedł do domu  i powiedział „ ciociu, my już wujka nie zobaczymy, bo ich teraz mordują”. Ta wieść lotem błyskawicy rozniosła się po mieście, ludzie zaczęli rozpaczać i miasto opanowała żałoba, ale mimo wszystko ludzie byli jeszcze przy nadziei , że może nie, może to pomyłka , tym bardziej , że 15 letni chłopiec był ze strachu półprzytomny i mówił  nieskładnie .

Drugi dzień po ucieczce NKWD pokazał całą grozę sytuacji, po wyłamaniu drzwi w piwnicach sądu znaleziono zamordowanych strzałami w tył głowy.

            Pod zwłokami trupów znaleziono jednego żywego, który źle trafiony, przeleżał struchlały ze strachu pod zabitymi, przez kilkanaście godzin.

Mnie ośmioletniemu wówczas świadkowi tych tragicznych wydarzeń utkwił szczególnie w pamięci żałobny pochód idący ulicą Sokoła na Niemieckim Boku, gdyż pomordowani pochodzili również  z ulicy Sokoła . Pomordowanych  niesiono  na drabinach wyjętych z  drabiniastych wozów , podobnie jak  na  pogrzebach  noszone  są  trumny .

Ten kołyszący się pochód wydawał się nie mieć końca, rozciągał się na kilkaset metrów, od budynku sądu, w którym ich pomordowano , aż za Sokolnię, gdzie pomordowanych odprowadzano do ich domów. Niosącym towarzyszyli krewni, zwłaszcza płaczące kobiety, a niektórzy biegali gorączkowo wzdłuż pochodu w poszukiwaniu swoich. Pomordowani ułożeni  byli  na  tych drabinach na wznak z szeroko rozłożonymi rękami i te ręce uginające się w rytm marszu  niosących najbardziej utkwiły mi w pamięci. Rozpacz i płacz wypełniały całą ulicę. Nigdy tego nie zapomnę. Widok ten został zakodowany w mojej  pamięci  jako pochód / nie wiem dlaczego / ukrzyżowanych.

Był czas wojny i z tego co pamiętam ksiądz proboszcz nie chciał dać pozwolenia na tak dużą ilość indywidualnych pogrzebów i ustalono, że dla około 20 pomordowanych odbędzie się pogrzeb zbiorowy , z tym, że ciała zostałyby przetransportowane na cmentarz cichcem.        Z tego co wiem to celebra pogrzebowa na cmentarzu odbyła się póżnym wieczorem pod osłoną ciemności i miała cichy przebieg , z udziałem tylko krewnych .

            W czasach okupacji niemieckiej , w 1942 roku  na zbiorowej mogile zrobiony został betonowy  nagrobek , typu  sarkofag , na którym umieszczono inskrypcję w języku polskim . Nagrobek ten przetrwał całą II okupację sowiecką , ale inskrypcja dotrwała tylko do 2005 roku .Po pewnym czasie jak  Niemcy zajęli miasto i kiedy sytuacja się uspokoiła, urządzono pochowanym przy domach, w tym Kazimierzowi Balickiemu normalne pogrzeby na cmentarzu. ale bez pochodu z dostarczaniem ciał cichcem, we własnym zakresie, a ksiądz wykonywał celebrę tylko na cmentarzu .W tym czasie w Busku był duży natłok wojska niemieckiego , które parło na wschód wszystkimi drogami i o żadnych pochodach nie mogło być mowy , do końca 1941 roku i  póżniej.

            Zdjęie 7 przedstawia wykaz nazwisk pomordowanych , przez siepaczy NKWD , w budynku Starego Sądu , w Busku w czerwcu 1941 roku . Na  powyższej  tablicy  brakuje jednak  3  następujących nazwisk , zapamiętanych przez starych Buszczan i które powinny się również znaleść na tej tablicy .Są to :

                – polskiego  pochodzenia : N. Nemeczka  z  Adam ,

                - polskiego pochodzenia  Machnickiego  nauczyciela  z  Buska

                - ukraińskiego pochodzenia Adamczuka z Buska

            Jeszcze we wrześniu 2003 roku na tej mogile widniała następująca inskrypcja w języku polskim , umieszczona na zwięczeniu  krzyża ,jeszcze za okupacji niemieckiej 1941 -1944 roku .


              "  TU SPOCZYWA 19 MIESZKAŃCÓW BUSKA

POMORDOWANYCH W CZERWCU 1941 ROKU PRZEZ OKUPANTA "

 

Dzisiaj tej pamiątkowej tablicy , ustanowionej jeszcze w 1942 roku już niema , została ona zastąpiono przez kilka ukraińskich inskrypcji , dzisiaj trudnoczytelnych , które nie informują o tamtych mrocznych wypadkach i służą celom propagandowym

.           W mordzie w czerwcu 1941 roku , wg. różnych żródeł zginęło 35-42 osób .

            Wg. tego co pozostało w mojej pamięci z tamtych czasów , w tym mordzie NKWD

zginęło wówczas w Busku 42 osoby  , jednak póżniejsze publikacje , również te podawane w prasie ukraińskiej , lat 90 tych nie potwierdzają tej cyfry .

                                              



Обновлен 31 дек 2013. Создан 04 окт 2013



  Комментарии       
Всего 5, последний 1 год назад
joasia_grzesik@wp.pl 30 дек 2013 ответить
Panie Tadeuszu zarówno mój ojciec jak i teść urodzili się w Jabłonówce Polskiej koło Buska. Może posiada Pan jakieś zdjęcia z tej miejscowości, ponieważ byłam tam w marcu 2013r. ale po tej wsi nie ma śladu. Bardzo podobały mi się Pana wspomnienia związane z Buskiem. Proszę o kontakt i serdecznie pozdrawiam.
glazsylwia 18 янв 2014 ответить
Witam Panie Tadeuszu, moja prababcia nazywała się Julia Czuczman z domu Cwen. Była matką mojego dziadka,który urodził się w Busku w 1911 r. Mieszkali w Busku lub jego okolicach. Czy w Pana rodzinie była Julia Cwen? Czy nazwiska Czuczman i Cwen to popularne nazwiska w przedwojennym Busku? Będę wdzięczna za odpowiedź. Pozdrawiam
tadeuszcwen 19 янв 2014 ответить
Ja Tadeusz , z mojej linii Cwen nikt nie urodził się w 1911r. i nie było Julii Czuczman . przed wojną przypominam sobie 3 rodziny Cwen , z sobą nie spokrewnione i specjalnie zaznajomione . Obecnie o ile wiem na Lipiebokach żyje ktoś o nazwiku Cwen . Mam zdjęcia grobowców o nazwiku Cwen i szkic imienny przedmieścia Niemiecki Bok z nazwiskami Cwen . Prosze o adres to przekaże Pozdrawiam
glazsylwia 19 янв 2014 ответить
Dobry wieczór Panie Tadeuszu,
nie mam pewności czy dobrze Pan odczytał moja wiadomość. Nie wiem w którym roku urodziła się Julia Cwen, wiem tylko, że wyszła za mąż za Franciszka Czuczman i urodziła mojego dziadka Włodzimierza w 1911 r w Busku w parafii Kamionka Strumiłowa. Mogę przypuszczać, ze urodziała sie w latach 1880-1890r. Będę wdzieczna za zdjęcia grobowców Cwen i Czuczman. Mój adres to glazsylwia@gmail.com gdyby znowu nie wskoczył. Pozdrawiam serdecznie.
Dariusz Winnicki d.winnicki@gorzow.org 21 фев 2016 ответить
Dzień dobry Panie Tadeuszu,

Mój pradziadek i jego ojciec Bronisław Winnicki i Jan Winnicki mieszkali przed woją w Busku na pewno do roku 1925 a później mieli dom w dzielnicy "Niemiecki Bok", pradziadek jest prawdopodobnie pochowany w Busku, niestety podczas swego pobytu tam kilka lat temu nie udało mi się dotrzeć ani do miejsca pochówku ani miejsca w kórym był (jest) dom, jeśli wie Pan gdzie mogę szukać takich informacji lub coś na temat samego faktu byłbym wdzięczny za informację. d.winnicki@gorzow.org
Имя или Email


При указании email на него будут отправляться ответы
Как имя будет использована первая часть email до @
Сам email нигде не отображается!
Зарегистрируйтесь, чтобы писать под своим ником